Cztery ciała człowieka
Gdy pomyślimy sobie: „ciało” – przed oczami staje nam jego kształt, sylwetka i jego składowe: głowa, ramiona, tułów i nogi. Widzimy skórę i włosy (albo ich brak), znając lepiej lub gorzej anatomię wiemy, że mamy kości, mięśnie, niebieskie tętnice i czerwone żyły. I kabelki nerwowe. No i mnóstwo narządów i organów – zewnętrznych i wewnętrznych – przeróżnego zastosowania i konsystencji.
To opis tylko jednego z czterech ciał, które posiadamy.
Bo tak naprawdę mamy cztery ciała, które dopiero wszystkie razem stanowią spójną całość. Dopełnienie.
To wyżej opisane to ciało fizyczne. W nim zawarta jest nasza motoryka, percepcja zmysłowa (wzrok, słuch, zapach, smak i dotyk), nasze wrażenia, impulsy i popędy.
Drugim ciałem jest ciało mentalne. To nasz intelekt, myślenie i wyobraźnia. Od razu widać, że to ciało mamy w… głowie.
Trzecie, to ciało emocjonalne, czyli nasze emocje i uczucia. Najczęściej – choć mocno zawężając – dopatrujemy się go w sercu.
Czwarte zaś to ciało energetyczne, nazywane też duchowym – to intuicja, szeroko rozumiana duchowość, jako połączenie z Wszechświatem, Bogiem czy Energią (w zależności od światopoglądu). Kojarzone z „trzecim okiem” i szyszynką.
Dlaczego o tym piszę?
Nasz dobrostan, homeostaza – zdrowie – zależy od równowagi pomiędzy wszystkimi czterema ciałami. Dbaniu o nie wszystkie naraz i każde z osobna. Jeśli faworyzujemy któreś z nich, to pozostałe stają się dysfunkcyjne – zaczynają chorować. A my bardziej lub mniej świadomie zaczynamy je umniejszać i zaniedbywać, dopieszczając jeszcze bardziej to/te „lepsze”. Przykład? Przysłowiowa blondynka czy tzw. kark z siłowni z pięknym ciałem fizycznym, a trochę gorszym mentalnym. I jako przeciwieństwo – rachityczny, żyjący w książkach i głowie profesor w okularach. Lub, jak kto woli – „wywalona w kosmos”, uczestnicząca w milionie wysokowibracyjnych new age’owych festiwalach i warsztatach rozwojowych osoba, z totalnym rozłączeniem z tzw. „złymi emocjami” i ciałem w ogóle jako takim
Wiem, że generalizuję, przejaskrawiam, spłycam i upraszczam, ale przyznacie – coś w tym jest…
I to nie jest ich wina, ani nawet wybór (przynajmniej świadomy). To reakcja na zranienia emocjonalne czy traumatyczne doświadczenia. To mechanizmy obronne, dzięki którym możemy jakoś funkcjonować dalej. Ale inaczej. I znów przykład. Dziecko nie radzące sobie najlepiej podczas lekcji wf-u, wyśmiane przez rówieśników czy krytycznie ocenione przez nauczyciela – aby wyciszyć ból emocjonalny – wmawia sobie, że ciało – jego sprawność jest mniej ważna niż np. wiedza. Rezygnuje z aktywności ruchowej i zaczyna się spełniać w nauce. I odwrotnie – dziecko mające gorsze wyniki w edukacyjne „idzie w sport”. I na dokładkę, aby nie czuć dyskomfortu – uczy się przestawać czuć tak w ogóle. I ciało emocjonalne schodzi na dalszy pan. Przykładów by mnożyć w nieskończoność…
Idźmy dalej.
Na podstawie przeżytych historii naszego życia, traumatycznych i emocjonalnych zranień tworzymy nasze przekonania, oceny i mechanizmy obronne. To one przejmują kontrolę nad nami, nad naszym życiem. Podświadomie decydują o naszych wyborach czy schematach postępowania, angażowaniu się, bądź unikaniu działań. O wchodzeniu w takie, a nie inne relacje.
Gdy jesteśmy przyparci do muru przez życie, gdy już nie dajemy rady lub gdy poczujemy potrzebę zmiany i jesteśmy na nią gotowi – udajemy się do psychoterapeuty.
Dlaczego o tym piszę w kontekście czterech ciał człowieka? Zdecydowana większość nurtów terapeutycznych opiera się na werbalnej relacji pomiędzy pacjentem a terapeutą, czyli na rozmowie – słownej i rozumowej analizie. W toku takiej terapii uleczane jest ciało mentalne i emocjonalne. Nie uwzględniają one, nie angażują do pracy i w terapii ciała fizycznego. Wilhelm Reich – psychiatra i psychoterapeuta praktykujący na przełomie XIX i XX wieku, który jako pierwszy uwzględnił pracę z ciałem w psychoterapii: powiedział: „Ciało jest skrystalizowaną historią naszego życia” a Andrew Taylor Still – ojciec osteopatii: „Wydaje się, że dusza człowieka mieszka w jego powięziach”. Z racji tego, że jestem osteopatą, z całą pewnością – popartą wieloletnim doświadczeniem – mogę stwierdzić, że ogromna większość (jeśli nie wszystkie) dysfunkcje, choroby ciała mają podłoże psychosomatyczne. To w ciele zamrożone, utknięte i zatrzymane są nie wyrażone emocje. I to one przyczyniają się do dysfunkcji powięzi, a, że ta okala i przenika wszystkie nasze struktury i narządy – ma wpływ na całe nasze fizyczne (i psychiczne) jestestwo. P
Ciało reaguje dostosowaniem się do naszej emocjonalnej historii. Kompensuje je w sobie, przyjmując określony kształt. Tworzą się struktury charakteru. Można by rzec – pokaż mi swoje ciało, a powiem ci kim jesteś.
John Pierrakos i Aleksander Lowen – bezpośredni uczniowie Wilhelma Reicha, stworzyli nurt psychoterapii, która uwzględnia ciało – jego analizę i pracę z nim w procesie terapeutycznym. Stworzyli Analizę Bioenergetyczną. W ten sposób w psychoterapii uwzględnione zostało trzecie ciało – ciało fizyczne. Po ponad dwudziestu latach współpracy John Pierrakos psychiatra i psychoterapeuta, do analizy bioenergetycznej dołożył patchwork – element duchowości w procesie terapeutycznym. Tak powstał Core Energetics – najbliższy memu sercu nurt psychoterapii. Tym samym w procesie terapeutycznym zostało uwzględnione czwarte ciało – ciało duchowe. No i mamy „zaopiekowane” wszystkie cztery ciała człowieka. Od stóp – dosłownie i w przenośni naszej podstawy, czyli ugruntowanie, uziemienie, bycie w czuciu i przepływie energii, w tu i teraz, po świadomość połączenia jednostki z uniwersum – duchowością czy boskością w nas. Jak kto uważa.
Analiza bioenergetyczna i Core Energetics są niezwykle skutecznymi i efektywnymi terapiami w: pracy z traumą, uzależnieniami, chorobami o psychosomatycznym podłożu, szeroko rozumianą seksualnością, pracą z poszerzaniem i stawianiem granic i pewnością siebie, poczuciem własnej wartości, nazywaniem i czuciem całego wachlarza emocji: lęku (strachu) wstydu, złości, gniewu, agresji, odrazy, radości, miłości i przyjemności. Z przywracaniem czucia ciała – jego żywotności i witalności.
W doświadczaniu życia w jego pełni. I w pełni siebie.
Dariusz Serafin
